MotoryzacjaNajważniejszeTesty

Taki lepszy SUV. Test Renault Grand Kangoo 1.3 TCe

Kilkanaście lat temu, kiedy życie było prostsze, rodzinnymi samochodami były minivany. Wygodne, obszerne, większe lub mniejsze – bez problemy mieściły nawet siedem osób. Na rodzinne wyjazdy trudno było znaleźć coś lepszego. Tańszą alternatywą były kombivany. Równie pojemne, choć trzeba było im wybaczyć plebejskie pochodzenie. To po prostu osobowe wersje samochodów dostawczych. Ale Renault Kangoo czy Citroen Berlingo szybko zdobyły popularność nie tylko wśród dostawców i ekip remontowych. Wszystko szło dobrze, dopóki nie pojawiła się moda na SUV-y. Marketingowcy skutecznie wmówili klientom, że SUV od minivana jest bardziej prestiżowy, a miejsca ma tyle samo. No nie, nie ma. Ale klienci uwierzyli i zaczęli kupować droższe samochody o mniejszych możliwościach przewozowych. W efekcie prawdziwe minivany praktycznie z europejskiego rynku zniknęły.

Dłuższe Kangoo czyli „Grand”

Kombivany to europejski wynalazek. Marki azjatyckie czy amerykańskie nie bawią się w konstruowanie takich wynalazków. Ideą kombivana było zaprojektowanie samochodu uniwersalnego, dostawczego lub osobowego, ale od podstaw, a nie jako przeróbki osobowego. Przy czym samochód miał być typowo miejski, a więc wymiarami nie odbiegać od typowego auta klasy średniej. No i powstały po kolei Citroen Berlingo, Renault Kangoo, Fiat Doblo itd. Wysokie, pudełkowate, zapewniały mnóstwo przestrzeni wewnątrz. Odsuwane boczne drzwi pozwalały łatwo wsiadać i wysiadać  lub wygodnie wyjmować paczki. Pomysł chwycił i dzisiaj w zasadzie nie ma firmy, która jakiegoś kombivana we flocie nie ma. Większość osobowych kombivanów miała jednak spore ograniczenie – mieściło się w nich tylko pięć osób. Poradzono sobie z tym projektując wersje z wydłużonym rozstawem osi. Jako blaszaki są bardziej pojemne, a w osobowych dało się wreszcie dołożyć trzeci rząd siedzeń. No i żaden SUV nie oferuje w tym trzecim rzędzie tyle miejsca. Ale to już nie są samochody wielkości kompaktów. Renault Grand Kangoo ma rozstaw osi 310 cm, więcej niż niejedna limuzyna. A  długością 491 cm może konkurować z największymi SUV-ami. Oczywiście miejsca w środku ma nieporównywalnie więcej. Wnętrze łatwo jest też niemal dowolnie konfigurować. Tak w drugim, jak i w trzecim rzędzie mamy przecież osobne siedzenia, a nie żadną dzieloną kanapę. Każdy z tych foteli można składać i przesuwać. Wszystkie są też wyjmowane. Nie są, co prawda, chowane w podłogę, ale to ograniczenie, z którym nabywca kombivana musi się pogodzić. Jeśli potrzebuje większej przestrzeni, tylne siedzenia po prostu wyjmuje. Jest też możliwość złożenia środkowego rzędu i cofnięcia tylnego – wtedy pośrodku da się przewieźć nawet sporą szafkę. A nawet przy komplecie pasażerów nigdy nie zabraknie miejsca na nogi. Nad głową jest go tyle, że mogliby pod sufitem zamontować jeszcze dodatkowe półki jak w samolocie.

Całkiem komfortowo

Kierowca w kombivanie ma się czuć jak w osobowym. Pozycja za kierownicą nie jest tak wysoka jak w większym dostawczym. Widoczność dzięki dużym szybom jest doskonała. Do historii przeszło też spartańskie wyposażenie rodem z „blaszaków”. W Grand Kangoo znajdziemy automatyczną, dwustrefową klimatyzację, fabryczną nawigację, bezkluczykowy dostęp czy podgrzewane siedzenia. Owszem, multimedia są starszego typu, więc nie ma integracji z Google, a kamera cofania ma kiepską rozdzielczość. Może Open RLink dotrze tu przy okazji jakiegoś liftingu. Nie ma też gniazd USB-C, są za to trzy „zwykłe” – jedno w obudowie ekranu i dwa w schowku nad zestawem wskaźników (cyfrowych). Jest adaptacyjny tempomat i komplet systemów bezpieczeństwa, których ustawienia przywołuje się przyciskiem „My Safety Perso”. Niestety, ogrzewania kierownicy i Auto Hold (a hamulec pomocniczy jest elektryczny i pod nim jest nawet miejsce na przycisk) nie dostaniemy nawet za dopłatą. Fotele pokryte są przyjemną, materiałową tapicerką, mają spory zakres regulacji i nie męczą nawet po długiej jeździe. W zasadzie kierowca nie czuje różnicy z przeciętnym samochodem osobowym.

Benzyna czy diesel?

Wydawałoby się, że do takiego samochodu jest jeden napęd idealny, czyli silnik wysokoprężny. Doskonale sprawdzał się w dostawczym Kangoo (test tutaj). Oszczędny, dynamiczny – czego chcieć więcej? Ale samochód testowy ma pod maską równie dobrze znany silnik benzynowy 1.3 TCe o mocy 130 KM. Połączony z siedmiobiegową dwusprzęgłową skrzynią EDC nie ma problemów z napędzeniem sporego pudełka o aerodynamice kuchennej szafki. Nie jest tak oszczędny jak 1.5 Blue dCi, w teście zużył 6,3 litra na 100 km. Ale pracuje ciszej, w trybie Eco potrafi przejść w tryb żeglowania, a na drogach krajowych zużycie spada poniżej 6 litrów dosłownie w chwilę. Oczywiście, diesel spali mniej. Można też zastanawiać się, czemu Renault nie wkłada do Kangoo tego 1.3 TCe z miękką hybrydą. Albo wręcz hybrydy E-Tech – jest już w tylu modelach, że kolejny nie zrobi różnicy. Nie wiem, nie znam przyczyn, ale widzę, że marka do Kangoo podchodzi dość zachowawczo. Sprzedaje się tak czy inaczej, nie ma potrzeby inwestować. Tyle, że konkurencja nie śpi. Ford i Volkswagen mają już Caddy i Tourneo Connect (bo to ten sam samochód) z napędem hybrydowym i to PHEV. Wiem, że dostawczaki i kombivany zmienia się rzadziej, ale czas biegnie nieubłaganie, a i normy emisji spalin nie stają się łagodniejsze. Francuzi będą musieli pomyśleć nad unowocześnieniem Kangoo, i to szybko. Posiadanie w ofercie wersji elektrycznej to nie wszystko.

Jak za dawnych lat

Choć minivany wyginęły w Europie jak dinozaury, kombivany trzymają się dzielnie. Właściwie to są teraz jedynymi spadkobiercami idei, która stała kiedyś za samochodami takimi jak Chrysler Voyager czy Renault Espace. Tylko auta takie jak Kangoo są dzisiaj w stanie zaoferować tyle przestrzeni i możliwości konfiguracji wnętrza. I to za rozsądne pieniądze. Siedmioosobowe Grand Kangoo 1.3 TCe w lepszej wersji Techno kosztuje równe 150 tysięcy złotych. Pewnie jakiś chiński SUV w tej cenie też będzie mieć siedem miejsc. Ale tu pojawia się największa różnica – bo siedem miejsc a możliwość przewiezienia siedmiu osób nie zawsze znaczy to samo.

tekst: Bartosz Ławski

zdjęcia: serwis prasowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *