Kocie oczy. GWM Ora 5 HEV – pierwsza jazda
Great Wall Motors to chyba ostatni z chińskich gigantów, który próbuje swoich sił na polskim rynku. Zza Wielkiego Muru trafia do nas trochę okrężną drogą – importerem jest Astana Motors, firma z Kazachstanu. Oferta GWM to kilka marek i kilkanaście modeli z różnych segmentów. Importer zapowiada, że w Polsce będą się stopniowo pojawiać. Zaczyna jednak skromnie – od kompaktowego hatchbacka Ora 5, dostępnego jako czysto spalinowy lub hybrydowy. Na przyszły rok przewidziany jest debiut wersji elektrycznej.


GWM Ora 5 HEV
Wydaje się, że decyzja o wprowadzeniu zwykłego hatchbacka zamiast kolejnego SUV-a jest słuszna. Kompakty zawsze dobrze się sprzedają, a Ora 5, idealnie mieści się w tym segmencie (4,47 metra długości). Samochód wyróżnia się wśród konkurencji – wygląda jak taki „mini-Macan”. Przednie światła są w stylu Porsche, to takie „kocie oczy”. Zresztą na niektórych rynkach model nazywa się po prostu Ora Cat. Trochę dziwny jest tył, ze światłami w zderzaku i klapie bagażnika. W sumie jednak auto naprawdę może się podobać. Mimo pewnych stylistycznych ekstrawagancji jest, jakby tu powiedzieć, mało chińskie.


Co w środku?
Wewnątrz Ora 5 przypomina inne chińskie konstrukcje – mamy wieki ekran, cyfrowe wskaźniki i sporą konsolę środkową. Całkiem niezłe są fotele – ale nawet w najwyższej wersji brakuje podparcia lędźwiowego. A powinno być, bo oparcie jest dość miękkie i po około 100 km już czułem kręgosłup. Natomiast materiały są wysokiej jakości i bardzo dobrze spasowane – nic nie trzeszczy ani nie skrzypi. Oczywiście samochód cierpi na zaawansowaną ekranozę – nawet roletę szklanego dachu można zasunąć tylko przez ekran. Jest kilka fizycznych przełączników, w stylu „lotniczym”, czyli żywcem zapożyczonych z Mini. Tyle tylko, że sterują nie do końca tym, czym powinny. To też typowe dla chińskich samochodów. Na szczęście pasek menu jest zawsze dostępny na dole ekranu. Z przodu miejsca jest dużo, z tyłu – trochę gorzej, ale nawet wyżsi pasażerowie nie będą dotykać dachu. Pochwalić natomiast wypada bagażnik, głęboki i ustawny, na dodatek z możliwością obniżenia podłogi. W wariancie hybrydowym jego pojemność to 390 litrów, spalinowy oferuje 422 litry.


Typowo chińska hybryda
Klasycznie dla chińskich hybryd Ora 5 HEV napędzana jest silnikiem 1.5 Turbo, połączonym z silnikiem elektrycznym i baterią o dość skromnej pojemności 1,09 kWh. Całość łączy przekładnia DHT, a systemowo moc wynosi 223 KM i 476 Nm momentu obrotowego. Samochód jest więc naprawdę żwawy, a przy tym oszczędny. Przejechałem ok. 100 km w różnych warunkach, uzyskując na koniec średnie spalanie 4,8 litra. Uczciwie muszę zaznaczyć, że samochód był bez przebiegu, zatem komputer liczył na bieżąco, nie mając odniesienia do dłuższych tras. Sądzę, że po pokonaniu kilkuset kilometrów spalanie może jeszcze spaść. Tym bardziej, że zasięg ani na chwilę nie spadł poniżej 1000 km. Wadą jest słabe wyciszenie – gdy silnik spalinowy włącza się, słychać to bardzo wyraźnie. Natomiast dobrze pracuje zawieszenie, zestrojone wyraźnie pod gust europejskiego kierowcy, czyli dość sprężyście. Komfort pokonywania nierówności poprawiają opony o wysokim profilu (60) założone na 18-sto calowe felgi. Niestety opony są jakiejś chińskiej marki, o której nigdy nie słyszałem i to się czuje. Ale może w następnych dostawach importer zdecyduje się zakładać coś lepszego.

Cennik brzmi zachęcająco
Każdy importer, wchodząc na rynek, daje ceny „promocyjne”, GWM też tak robi. Najtańsza Ora 5 (benzynowa, wersja Signature) kosztuje 110 tysięcy. Droższy wariant Infinity to wydatek 121 tysięcy. Z kolei hybryda startuje od 119 tysięcy (Signature), a Infinity kosztuje 130 tysięcy. Nie są to ceny dumpingowe, GWM ceni swoje produkty. Jak to się przełoży na sprzedaż – zobaczymy.

tekst: Bartosz Ławski
zdjęcia: materiały prasowe

