MotoryzacjaNajważniejszeTesty

Dobry duszek. Hyundai Inster – test

Przyjazny duszek o imieniu Casper to bohater kreskówek i komiksów, a nawet pełnometrażowego filmu fabularnego. W ciągu 80 lat filmowej kariery Casper  wrósł w popkulturę, przeżył wiele przygód i zdobył wielu przyjaciół. Nie tylko wśród dzieci, bo dorośli też sympatycznego duszka polubili. Astronauta Ken Mattingly nazwał jego imieniem moduł dowodzenia Apollo 16, twierdząc, że wokół jest wystarczająco dużo poważnych rzeczy. Imieniem duszka nazwano też mały miejski samochód koreańskiej marki Hyundai, na azjatyckich rynkach obecny od 2022 roku. Co prawda w Hyundaiu upierają się, że nazwa nie pochodzi od duszka, tylko ze skateboardingu, ale przecież nikt w to nie uwierzy.

Casper czyli Inster

W Korei Hyundai Casper dostępny jest z dwoma wariantami napędu – benzynowym 1.0 T-GDI i elektrycznym. Do Europy Casper trafił ze sporym opóźnieniem, bo dopiero w tym roku, dostaliśmy za to już wersję poliftową. Jako awangarda postępu i ekologii załapaliśmy się oczywiście tylko na elektryka. A duszka po drodze złapali jacyś Ghostbusters, bo europejski wariant nazywa się Hyundai Inster. Trudno, niech będzie, nie można mieć wszystkiego.

Hyundai Inster czyli micro-SUV

Ale nawet pod zmienioną nazwą samochodzik nie stracił niczego ze swojego uroku. Jest po prostu słodki – to taki micro-SUV, bardzo zresztą cwanie zaprojektowany. Ma tylko 3,82 metra długości, mieści tylko cztery osoby, ale miejsca w środku jest naprawdę sporo.

Tylne siedzenia przesuwają się i składają, powiększając bagażnik. Oparcia można zresztą złożyć na płasko i wtedy do wypełnienia jest ponad 1000 litrów pojemności. A nawet przy rozłożonych siedzeniach 280 (lub 350 po przesunięciu) litrów spokojnie wystarczy na zakupy. W mieście – a to samochód typowo miejski i nikt tego nie ukrywa – więcej i tak z reguły nie potrzeba.

Wewnątrz jest zresztą bardzo sympatycznie – jasne kolory dodatkowo je optycznie powiększają. Fotele, choć wyglądają jak babcine krzesełka obite materiałem w pepitkę, są zadziwiająco wygodne. Tak siedzisko, jak i oparcie mają wystarczającą długość, zakres regulacji też jest spory.

Przednia kanapa

Samochód nie ma klasycznego tunelu środkowego, fotel kierowcy jest więc poszerzony o miejsce na kubki. Pomiędzy miejscami kierowcy i pasażera nie ma przerwy, wygląda to niemal jak kanapa dla trzech osób. Nie, trzy osoby nie wejdą, ani z przodu, ani z tyłu, gdzie (prawdziwa tym razem) kanapa podzielona jest na pół. Są tej wielkości samochody, w których z tyłu znajdują się trzy miejsca, ale i tak na to środkowe nikt się nie wciśnie. Tutaj rozsądnie zdecydowano, że cztery miejsca wystarczą. Zresztą z tyłu i tak jeździ się raczej rzadko, a dwa foteliki wejdą bez problemu.

Można też dokupić sporo zabawnych gadżetów – od ramek na zdjęcia, poprzez stoliczki, aż po kieszenie na karty. Cała reszta to elementy znane z innych modeli Hyundaia. Mamy więc cyfrowe wskaźniki, centralny ekran i sporo normalnych przycisków i pokręteł, rozsądnie i ergonomicznie rozmieszczonych. Jest też sporo schowków i miejsc na telefon czy na przykład okulary. U dołu środkowej konsoli znajdziemy gniazdko 230V, z którego można zasilić komputer albo – jeśli taka wola – choćby ekspres do kawy. To na wypadek, gdyby ktoś po złożeniu wszystkich oparć chciał się w samochodzie przespać. Wygodnie nie będzie, ale na upartego…

Napęd – tylko elektryczny

Oczywiście, dla rynku byłoby lepiej, gdyby Hyundai zdecydował się także u nas oferować oba warianty napędowe. Jednak elektryczny Inster do miasta nadaje się wprost znakomicie. Pomimo niewielkiej mocy (115 KM i 147 Nm momentu obrotowego) w ruchu radzi sobie doskonale. Bateria też nie jest duża, tylko 49 kWh. Ale zarządzanie energią dobrze przemyślano i zużycie prądu też nie jest duże. Przy normalnej jeździe w trybie Eco utrzymuje się na poziomie 10-11 kWh na 100 km. I to bez jakichś poświęceń typu wyłączanie klimatyzacji. Można, bo czasami działa aż za dobrze i dmucha naprawdę lodowatym powietrzem. Ale zyskuje się na tym, uwaga, tylko 5 km zasięgu.

Generalnie Insterem bez problemu można przejechać 400 km na pełnym ładowaniu. To nawet trochę więcej, niż podaje producent według normy WLTP. Oczywiście, przy większym obciążeniu i cięższej nodze zużycie wzrośnie, a zasięg spadnie. Ja jednak jeździłem Insterem (po mieście i okolicach) dokładnie tak samo jak każdym innym samochodem. I doładować musiałem dopiero po pięciu dniach codziennego użytkowania. Samo ładowanie też nie jest wielkim problemem, bo autko przyjmuje sporą moc, nawet 350 kW – jeśli ktoś będzie mieć szczęście i znajdzie taką ładowarkę, posiedzi przy niej pół godziny. Przy słabszej ładowarce DC 50 kW po 50 minutach było już ponad 80% baterii. To jest akurat poświęcenie, na które można sobie raz na kilka dni pozwolić.

Zadziwiająco tanio

Czytelnicy i słuchacze wiedzą, że nie jestem fanatykiem przymusowej elektryfikacji. Słabo rozwinięta infrastruktura mocno ogranicza możliwości dalszych podróży. Ale samochody takie jak Inster już dzisiaj mają sens. Zaprojektowano je do ruchu miejskiego – dlatego nie muszą mieć ogromnych i bardzo ciężkich baterii dla podniesienia zasięgu. Dzięki temu nawet ktoś, kto nie ma garażu z wallboxem spokojnie da radę raz na parę dni naładować. Załóżmy jednak, że mamy wybór taki jak Koreańczycy i zamiast tylko elektrycznego Instera także w Polsce dostępny jest dobry duszek Casper z dwoma napędami. Trzycylindrowy, stukonny 1.0 T-GDI też nie jest demonem mocy, ale dużo nie pali. W równie niedużym i10 mieścił się w pięciu litrach.

Elektryk ma jednak sporo atutów – cisza, możliwe niższe koszty ładowania (pod warunkiem, że nie korzystamy z najdroższych i najszybszych ładowarek bądź mamy odpowiednią instalację w domu). Co ciekawe, atutem Instera jest też cena – jak na elektryka jest wręcz bardzo tani. Najtańszą wersję Pure (z mniejszą baterią 42 kWh) kupimy za 105 tysięcy złotych. Najdroższy z najdroższych Inster Cross Smart kosztuje 148 tysięcy. Ale uwaga – dopóki funkcjonuje rządowy program dopłat, można odzyskać nawet do 40 tysięcy. Gdyby do wyboru był także wariant benzynowy, ceny nie byłyby dużo niższe, ale o dopłatach przecież można zapomnieć. Czy zatem decyzja o wprowadzeniu samochodu tylko elektrycznego była słuszna? Chyba tak… Ale złapania duszka Ghostbustersom nie daruję.

Tekst: Bartosz Ławski, zdjęcia: Paweł Bielak

Pozostałe testy tutaj

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeśli podoba Ci się Overdrive i to co robimy, to będzie nam miło jeśli będziesz nas wspierać za pośrednictwem PATRONITE. Poza naszą wdzięcznością uzyskasz dostęp do dodatkowych materiałów i atrakcji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *